Marian Plewako (1904-1972), zdjęcie legitymacyjne z 1935 r.

Marian Plewako (1904-1972)

WSPOMNIENIA Z WOJNY 1939 r. NA POLESIU

Kto nie walczył z wrogiem
w "lesie" lub w "ukryciu"
ten mało wie o śmierci
jeszcze mniej o życiu
WSTĘP

Minęło już wiele lat od zakończenia II wojny światowej 1939 – 1945. Jest rok 1971, wiele się zmieniło, dorosła młodzież, która nie brała udziału w wojnie - obronie Kraju zagarniętego przez okupanta. Zdarzenia z lat wojny i partyzantki, jako przyczynek do historii narodu, powinny być już utrwalone w pamięci ludzkiej dzięki pamiętnikom i wydaniom książkowym, uzupełnione dokumentami z lat walki w Biurze Historycznym Wojska Polskiego.

Niestety brak tych opracowań. Szczególne omijanie walki oddziałów Armii Krajowej, przekręcanie faktów i zdarzeń, przypisywanie sobie lub osobom nie biorącym udziału w walkach, chwały zwycięskich walk, jak również nalegania kolegów, byłych partyzantów, skłaniają mnie do odświeżenia pamięci i do utrwalenia tych wspomnień na piśmie, by dać świadectwo prawdzie.

Nie mam pretensji do wszechwiedzy o działaniach partyzanckich, opisuję co pamiętam i co na zawsze utkwiło mi w pamięci. Będą to opisy niektórych większych bitew, innych działań na szkodę okupanta, wspomnień nieraz zdawałoby się błahych, ale mających znaczenie ogólne lub naświetlających w jakich warunkach działał ruch oporu w konspiracji i partyzantce leśnej.

RODZINA

Zanim przystąpię do opisu zapowiedzianych wspomnień chciałbym się kolegom z partyzantki przypomnieć, bo niektórzy znali mnie tylko z pseudonimu i przedstawić tym, do rąk których trafią te wspomnienia. Nazywam się Marian Plewako, syn Bronisława i Marii z Kniszewskich. Urodzony 10 sierpnia 1904 r. w średniozamożnej rodzinie ziemiańskiej i wychowany na Kresach Wschodnich. W partyzantce byłem znany jako jeden z dowódców partyzantki leśnej AK w Hrubieszowskim, pod pseudonimem por. "Pogoń". W/g tradycji rodzinnej ród mój pochodzi z bojarów ruskich z okolic Smoleńska, będących częścią składową Litwy. Mój pra pra dziadek w dniu 15 lipca 1410 r. brał udział w bitwie pod Grunwaldem w szeregach jednego z 3 pułków smoleńskich, które dostały pola zakutej w stal nawale krzyżackiej. Widocznie dzielnie tam się spisał, gdyż po tej bitwie zostałprzyjęty do herbu szlacheckiego "Pogoń II", utworzonego z Wielkoksiążęcego herbu Litwy „Pogoni” i nagrodzony nadaniem gruntów i lasów w okolicy Iwieńca i Kamienia w Ziemi Mińskiej na Białorusi. W herbie nadanym memu przodkowi na czerwonym polu figuruje ręka z mieczem wzniesionym do  cięcia, taki herb był nadawany przez króla za zasługi wojenne. Akt nadania herbu na pergaminie, opatrzony dużymi woskowymi pieczęciami króla Władysława Jagiełło, był przechowywany w rodzinie mego najstarszego stryja Sobiesława na kowieńszczyżnie i nie wiem czy przetrwał czas wojen 1914-1918, 1920 i 1939-1945. [Historia w/w dokumentu została opisana w Dziedzictwie Kresowym Nr 5 z grudnia 2014 r. – przyp. red.] Od czasu Grunwaldu członkowie mego rodu brali udział jako szlachta polska w obronie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, ginąc niejednokrotnie na polach bitew i w powstaniu 1830 r.

ŻYCIORYS

Jako były wojskowy, ochotnik z 201 pp. (zwiad konny pułku) pod dowództwem płk. Rybaka, przeszedłem całą kampanię wojny 1920 roku od Mińska pod Warszawę i z powrotem. Po Pokoju Ryskim uczyłem się nadal w VI kl. Gimnazjum im. Zygmunta Augusta w Wilnie i Liceum Krzemienieckim – w  Białokrynickiej Średniej Państwowej Szkole Rolniczej, gdzie ukończyłem Wydział Rolny.

Jako agronom od 1926 r. pracowałem w Urzędach Ziemskich. Byłem Podkomisarzem Ziemskim w Mołodecznie, Białymstoku i Łomży, a od 1934 r. Powiatowym Naczelnikiem Ziemskim – Komisarzem Ziemskim na powiat Kosów Poleski. Poza ciekawą pracą w Urzędach Ziemskich dużo polowałem, gdyż warunki po temu na Polesiu były wymarzone. Miałem wtedy własny samochód, Forda, który używałem w służbie i do wyjazdów prywatnych.

W tym czasie ćwiczyłem codziennie strzelanie do celu. 4 naboje z małokalibrowego sztucerka Browning cal. 22 i 3 naboje z pistoletu Valter Policai pistolet 7.65, bez celowania z przyrzutu. Stały trening doprowadził do dużej, prawie niezawodnej, szybkiej celności, która mi się przydała w wojnie 1939 r. i w partyzantce.

28 kwietnia 1939 r. Hitler zerwał dotychczas obowiązujący pakt nieagresji między Polską a Niemcami. Od tej chwili Polska mając w perspektywie wojnę, zaczęła w drodze imiennych wezwań powiększać szeregi wojska, powołując do służby rezerwistów.

ZMOBILIZOWANY

Liczyłem się z powołaniem do wojska jako rezerwista do 12 pułku ułanów, ale oświadczono mi w Powiatowej Komendzie Uzupełnień (PKU) Prużana, że o mnie pamiętają, i że we właściwym czasie będę zawiadomiony. W sierpniu 1939 roku zmieniono mi kartę mobilizacyjną (MOB). Od 15 sierpnia znalazłem się w mundurze, ale ze specjalną funkcją odpowiedzialnego za zakup i gromadzenie zapasów żywności dla dywizji wojska. Otrzymałem do dyspozycji otwarty rachunek w miejscowej Izbie Skarbowej na kilkaset tysięcy przedwojennych złotych. Dobrałem odpowiednich ludzi prowadzących dla celów wojskowych skup zboża i żywca, warzyw i przetworów. Zorganizowałem przerób mięsa na trwałe wędliny, konserwy i weki. Przetwórnie w Słonimie, Wołkowysku i Baranowiczach w przyśpieszonym tempie pracowały na mój rachunek, odstawiając gotowe przetwory do magazynów przy stacji kolejowej Niechaczewo na linii kolejowej Brześć – Baranowicze.

Mając do dyspozycji swój samochód byłem w ciągłym ruchu. Magazyny napełniały się wszelkim dobrem, ceny płaciłem dobre. Z osadników wojskowych zorganizowałem straż magazynów uzbrojoną w karabiny. Wojna wisiała na włosku, byliśmy dobrej myśli, że się nie damy, tym bardziej, że mieliśmy gwarancje Francji i Anglii. Moja karta MOB ustalała, że mam pełnić swe obowiązki do dnia 14 września 39 r., a po tym terminie zgłosić się do PKU Prużana, lub o ile by PKU nie działała, do pierwszego oddziału wojskowego.

W dniu 1 września, Hitler dokonał przeważającymi siłami niesprowokowanego napadu na Polskę. Pancerne zagony wbiły się klinami w granice Polski z terenu Prus Wschodnich, właściwych Niemiec i podbitej Czechosłowacji, pomimo bohaterskiego oporu Wojsk Polskich. Wojsk nie tylko niedostatecznie uzbrojonych ale i słabszych liczebnie, gdyż zarządzona pierwsza powszechna mobilizacja została na naleganie sojuszników Anglii i Francji odwołana i nie doszła do skutku. Widać było, że Niemcy mają znaczną przewagę w lotnictwie i broni pancernej, a gwaranci granic Polski ograniczyli się tylko do wypowiedzenia wojny Niemcom w dniu 3 września 1939 r.

Zaczęła się ponowna mobilizacja, uzupełnianie stanu pułków i tworzenie nowych rezerwowych. Teren wojny zmienił się na naszą niekorzyść, ewakuowano na gwałt materiały zbrojeniowe i składy pociągów kolejowych na wschód pod granicę ze Związkiem Radzieckim, za Bug. Polesie miało naturalne warunki do twardej obrony, ale wypadło inaczej.

SPRAWA PŁK. TRZASKI – DURSKIEGO1/

Gdzieś około 10-go września [faktycznie 4 września 1939 r. – przypis red.], gdy jechałem swoim wozem służbowo do Prużany w mieście Różana Grodzieńska, leżącym w granicach powiatu Kosów Poleski, znalazłem się przed barykadą z kamieni brukowych u wylotu na szosę słonimską. Po drugiej stronie  barykady zobaczyłem postrzelany z karabinów samochód osobowy, „Chevroletę”, i ciężko rannego kulą karabinową pułkownika dyplomowanego Zygmunta Trzaskę–Durskiego, który był zastępcą Dowódcy IX okręgu Wojskowego Brześć. Obok samochodu leżał zabity strzałem w serce z pistoletu "Vis" komendant miejscowego posterunku, znany mi osobiście Przodownik Policji Kasztelan. Kierowca postrzelanego samochodu, żołnierz, był lekko ranny, draśnięty w głowę i jednocześnie kontuzjowany kulą karabinową. 

Rzecz się miała w ten sposób: pułkownik Zygmunt Trzaska - Durski jako zastępca komendanta – Dowódcy IX Okręgu Wojskowego wizytował tworzące się rezerwowe pułki w Baranowiczach. Wracał przez Słonim do Brześcia. Przed Słonimem jego samochód minął mały prywatny Fiat, który pułkownik Durski ostrzelał z Visa. Pasażerowie Fiata dodali gazu, wpadli do Słonima, zgłosili się z meldunkiem do komendy powiatowej Policji. Wydano niezwłocznie polecenie zatrzymania wojskowego samochodu i wylegitymowania tego co strzelał. Czasu było mało, więc zatrzymanie w Słonimie nie udało się, miejscowych policjantów zatrzymujących samochód pułkownik ostrzelał i ruszył w kierunku przez RóżanęGrodzieńską do szosy Baranowicze – Brześć. 

Wydano telefonicznie polecenia posterunkom Policji w Mieżewiczach i Różanie. Posterunek w Mieżewiczach nie dał rady zatrzymać samochodu, policjanci znowu zostali ostrzelani. W Różanie komendant posterunku Kasztelan spędził Żydów i przy ich pomocy usypał wał z kamieni brukowych wydartych z rynku, przy zakręcie na rynek z szosy słonimskiej. W ten sposób droga została zagrodzona. Rozpędzony samochód pułkownika z szybkością ok. 100 km na godzinę wypadł z zakrętu obok kościoła przy rynku i ledwo zdążył zahamować przy barykadzie z kamieni.

Komendant posterunku śp. Kasztelan z visem w prawym ręku zbliżył się do samochodu, pozostawiając za barykadą 4 policjantów. Gdy z samochodu wyskoczył z visem w ręku pułkownik, Kasztelan przełożył visa do lewej  ręki i zameldował się przepisowo pułkownikowi. Na zapytanie Kasztelana, czy to Pan Pułkownik strzelał w Słonimie i Mieżewiczach, został on z miejsca zabity przez pułkownika strzałem z visa w serce. Wtedy policjanci z za barykady oddali kilka strzałów z karabinów ciężko raniąc pułkownika, lekko kierowcę wozu i uszkadzając limuzynę.

Zarządziłem niezwłocznie  udzielenie  pomocy lekarskiej postrzelonym wojskowym, których zabrano na noszach, postawiłem jednego policjanta na warcie, a sam przeszukałem samochód i osobiste dokumenty pułkownika znajdujące się w jego torbie polowej. Nic specjalnie mi nie podpadło, pouczyłem policjanta stojącego na warcie, że zatelefonuję do sztabu dywizji, i że ma oświadczyć, że nikt w wozie nic nie ruszał.  

Dałem znać telefonicznie do oddziału II-go Sztabu Dywizji, że pułk. Zygmunt Trzaska - Durski jest ciężko ranny w brzuch – stan b. ciężki, oraz zameldowałem o zabezpieczeniu samochodu i udzieleniu rannym pierwszej pomocy. Odpowiedziano mi: zaraz przyjeżdżamy, nikogo do samochodu nie dopuszczać. Stan pułkownika, pomimo pomocy lekarskiej był bardzo zły.Wołał tylko pić – pić i bredził, „dobrze strzelajcie chłopcy, co mój przyjaciel Hitler i Goering powiedzą, że ginę w takiej dziurze, Greto, Greto to wszystko przez Ciebie”. Przy sobie miał pułkownik właściwe dokumenty osobiste i złotą papierośnicę z obrazem wewnątrz wycyzelowanym na czarnym tle kobiety, nagiej blondynki z rozpuszczonymi włosami o typie Niemki. 

Po niecałych 2 godzinach przyjechało 3 oficerów z oddziału II, złożyłem raport, posterunek na warcie stwierdził, że nikt do samochodu nie miał dostępu. W tym czasie postrzelony pułkownik skonał. Oficerowie z II-ki zabrali ciało pułkownika, jego osobiste rzeczy z samochodu i rannego żołnierza. Na miejscu został potrzaskany samochód wojskowy i poległy w służbie  komendant posterunku Różana śp. Kasztelan. Poza słowami pułkownika w gorączce nie było wyraźnych dowodów zdrady, zakazano nam mówić o tym, oficerowie z II-ki oświadczyli, że widocznie pułkownik zwariował. Osobiście nie wierzyłem temu i ogarnęły mnie smutne refleksje na temat tajemnicy wojskowej, tak pilnie strzeżonej w błahych zdawało się sprawach, gdy zastępca dowódcy dywizji okazał się niepewnym, a był to przecież syn zasłużonego legionowego generała Wojska Polskiego [płk. Zygmunt Trzaska – Durski był w rzeczywistości bratankiem generała Karola Trzaski – Durskiego – przyp. red.].

ŁOSIE W KRZAKACH

14 września 1939 r. zgodnie z kartą MOB zgłosiłem się do PKU Prużana o dalsze rozkazy. PKU było już zlikwidowane i ewakuowane. Dowiedziałem się, że w okolicy Prużany są w lasku nasi lotnicy zajechałem do nich, zastałem zamaskowane w krzakach 5  naszych wspaniałych samolotów Łosi. Wylegitymowałem się lotnikom, zapytałem co oni tam robią, może im brakuje paliwa, które mógłbym im dostarczyć i dlaczego nie są na froncie. Jak się okazało paliwo mieli, mieli bomby i co jeść, ale nie mieli broni pokładowej, jak oświadczyli byle jaki samolot niemiecki może ich łatwo zestrzelić, gdyż nie mają żadnych środków obrony. Czekają na rozkazy i dozbrojenie, względnie osłonę przez myśliwce, jeżeli to nie przyjdzie zdecydują się na lot nocny do Rumunii. Nic im niestety nie mogłem pomóc. Obawy moje co do losów wojny pogłębiły się. Samolot Łoś kosztował kilkaset tysięcy złotych przedwojennych, kto zawinił, że samoloty te nie otrzymały uzbrojenia pokładowego?

ROZSTANIE Z KOSOWEM

Z Prużany, gdzie nie było już PKU, wróciłem do domu, w dniu 15 września oddałem do Kasy Skarbowej rozliczenie z  zakupów wojskowych i wpłaciłem w gotówce ponad 60.000 złotych. Uważając że funkcja powierzona mi została zakończona, uzgodniłem ze Starostą Powiatowym Henrykiem Kuroczyckim i Policją, że przejmą ochronę magazynów wojskowych w Niechaczewie, gdyż mam się zgłosić do pierwszego oddziału wojskowego celem wzięcia udziału w Wojnie. Nie chcieli początkowo się na to zgodzić. Z jednej strony mieli rację, gdyż byłem dotychczas odpowiedzialny za magazyn żywnościowy MOB. Z drugiej strony, zgodnie z kartą MOB miałem niezwłocznie zameldować się w oddziale wojskowym, na który pozostając na miejscu nie mogłem liczyć. 

Majątek Mereczowszczyzna (miejsce urodzenia Tadeusza Kosciuszki), w którym mieściło się Starostwo Powiatowe, leżał przy bocznej, mniej uczęszczanej szosie. Tak mi zeszło do 16 września wieczorem. Zdałem w tym czasie magazyny wojskowe pod opiekę Starosty i Policji i wyjechałem w kierunku szosy Baranowicze – Brześć swoim wozem, mając dwa pistolety, sztucer myśliwski „Manlicher Schonauer” z przyśpiesznikiem, bardzo celny karabin i zapas naboi. Zabrałem również żonę i 10 letniego syna Mirosława, trochę rzeczy, coś do jedzenia, z myślą wywiezienia rodziny za Bug.

Przed wyjazdem z Mereczowszczyzny zgłosił się do mnie chłop ze wsi Bieławicze – Bazyli Wałach, posiadacz ogromnego karego konia rysaka, z którym nieraz, gdy były duże śniegi, jeździłem na polowanie. Chłop miał niewyraźną minę, wyglądało, że chce mi coś powiedzieć, o czymś uprzedzić, gdyż żywiliśmy do siebie sympatię i dobrze przy mnie zarabiał. Pyta mnie jak to będzie z tą wojną. „Pana pewnie zabiorą do wojska, a tu zostanie całe mieszkanie i rzeczy. Może by Pan coś mnie dał na przechowanie, u mnie nie zginie”. Powiedziałem mu, że oczywiście niedługo będę w szeregach wojska, walka będzie trudna, ale wierzę, że zwyciężymy śmiertelnego wroga Niemca, i że on tu nie przyjdzie, a mieszkanie moje będzie pod opieką władz. On mi powiada, „no tak, może tu Niemca nie puszczą, ale i druga granica na wschodzie niedaleka i nie wiadomo jak to będzie”. Oświadczyłem mu, że mamy ze Związkiem Radzieckim układ o nieagresji i o tą granicę jesteśmy spokojni, tym bardziej, że Niemcy nie są wcale przyjaciółmi Rosji Sowieckiej. W tej chwili jestem pewien, że Wałach wiedział poprzez komórki komunistyczne o zamierzonym wkroczeniu wojsk radzieckich. W rezultacie chcąc się odczepić dałem mu na przechowanie siodło angielskie.

WŚRÓD SAPERÓW

Z Mereczowszczyzny miałem zamiar jechać szosą na Brześć n/Bugiem i dalej w kierunku Lublina z tym, że zgłoszę się do pierwszego oddziału wojskowego zgodnie z kartą MOB. Na skrzyżowaniu szos z Kosowa z szosą Baranowicze – Brześć, spotkałem w ruchu Łomżyński Samodzielny Batalion Saperów w sile około 800 ludzi, częściowo zmotoryzowany, dowodzony przez zawodowego porucznika Romanowskiego. Zameldowałem się u niego przedstawiając swą kartę MOB, na podstawie której wcielił mię do tego Batalionu. 

Oprócz Romanowskiego był jeszcze w Batalionie tylko jeden oficer podporucznik rezerwy, który nie potrafił zdobyć serca i zaufania żołnierzy (nazwisko uleciało mi z pamięci). Dowódca, por. Romanowski, powszechnie lubiany oficer powiedział mi, że ma z tym podporucznikiem kłopot, żołnierze go nie lubią, musiał go już bronić gdy sobie podpili, bo chcieli go zabić granatem. Starszych dowódców przy batalionie nie było. Byłem w kłopocie, nie znałem się jako kawalerzysta z tym rodzajem broni, nie potrafiłbym zbudować przeprawy lub mostu i wyraziłem to wręcz dowódcy mówiąc, że nie wiem czy dam sobie radę.

W rozmowie z por. Romanowskim dogadaliśmy się, że zna on dobrze mego brata, dypl. majora Wacława Plewako, starszego wykładowcę Centrum Wyszkolenia Piechoty w Rembertowie, który niedługo przed wojną został wyznaczony jako oficer dyplomowany – inżynier saper, na dowódcę szkoły podchorążych rezerwy saperów w Modlinie.2/

Jego żona Kamilla Plewako zgłosiła się na wojnę jako sanitariuszka, a ukończyła ją jako podporucznik czasu wojny w 27 wołyńskiej  dywizji AK. Kiedy transport oficerów przewożonych do Rosji przebywał na postoju w Kowlu widziała rannego męża – uzup. S.P. Pozostała w Kowlu, nauczyła się biegle robić swetry, z czego się utrzymywała i wysyłała paczki żywnościowe bratu do obozu w Starobielsku. Jedna z paczek została zwrócona. Na telegram z opłaconą odpowiedzią telegraficzną, odpowiedziano "Plewako wybył"3/

Por. Romanowski rozproszył moje obawy, powiedział, że rad jest, że się do niego zgłosiłem, bo brak mu oficerów. Ma kadrę podoficerską i żołnierzy dobrze wyszkolonych, a znam przecież dobrze wojsko, regulamin i musztrę kawalerii i piechoty. Batalion zatrzymał się w Niechaczewie na odpoczynek. Por. Romanowski powiedział, że skończyła się mu mapa, brak mu żywności i owsa dla koni i nie wie czy za pieniądze, które batalion posiada, da się te braki uzupełnić. Konie są zmęczone drogą z Baranowicz, gdzie Batalion, który brał udział w wojnie od Łomży, uzyskał uzupełnienia z MOB. Z miejsca przekazałem mu posiadane mapy sztabowe 1:100 000 Polesia i powiedziałem, że kłopotu z żywnością i furażem niema, gdyż mam o półtora kilometra zapasy dla dywizji. 

Nakazaliśmy dalszy marsz batalionu pod magazyny, warta była na miejscu, zawieruszył się tylko gdzieś magazynier, a każde drzwi były zamknięte na dwie duże kłódki i zaplombowane. Nie było czasu, kazałem zerwać kłódki i pobierać prowiant i furaż, słoninę, różnego rodzaju wędliny, konserwy, cukier, sól, mąkę, groch, kaszę, owies a nawet dżemy i konfitury, a również spirytus gorzelny, ten ostatni pod ścisłym wyliczeniem do rąk podoficera prowiantowego. 

Batalion ulokował się i zamaskował w pobliskim lesie, bo był prawie ranek, noc nam zeszła przy pobieraniu zaopatrzenia z magazynów. Żołnierze już nie byli głodni, konie dostały owies, a szykowało się w kuchniach polowych nadzwyczajne śniadanie. Magazyn został zabezpieczony, warty na miejscu. Pobrano moc żywności i furażu, piękne nowe lory na gumach wiozące pontony, pod pontonami miały dużo miejsca. Poza przydziałem oficjalnym żołnierze zaopatrzyli się na własną rękę, zwłaszcza w wędliny i konserwy. 

-----------------------------------------
1/ O okolicznościach śmierci płk. dypl. Zygmunta Durskiego ukazał się artykuł Piotra Cichorackiego w Przeglądzie Historyczno-Wojskowym nr 12 (63)/2 (235), z 2011 r. str. 223-232.
Oczywiście Marian Plewako nie znał tego artykułu, bo wspomnienia napisał 40 lat wcześniej, a zmarł w Giżycku w 1972 r. – przyp. red.

2/ Na rozkaz Szkoła Podchorążych Saperów wymaszerowała z Modlina pod Kowel, a następnie w większym zgrupowaniu płk Leona Koca na Lubelszczyznę. We wschodniej części grupy płk Zieleniewskiego dowodzonej przez płk kawalerii Płonkę batalion szkolny saperów brał udział w ataku 29.IX.1939 na straż tylną VII Korpusu armii niemieckiej w Dzwoli, między Janowem Lubelskim a Biłgorajem, z zamiarem przebicia się przez San. Zażarta bitwa z zagonami pancernymi Niemców przyniosła ogromne straty Niemcom, brat mój został ranny. Po drodze do szpitala wzięto go do niewoli sowieckiej.

3/ korespondencja od mjr Wacława Plewako i „Glosa” do tej korespondencji pióra dr Witolda Wasilewskiego zostały opublikowane w naszym czasopiśmie,
zob. Merkuriusz Towarzystwa Plewaków, nr 2 z 2008r., ISSN 1898-8970 http://dziedzictwokresowe.plewako.eu – przypis red.


trasa marszu: https://goo.gl/maps/oKqyirMp3Sm

Opracował i śródtytuły dodał
Stanisław J. Plewako, syn autora
wspomnienia Mariana Plewako opublikowane zostały w czerwcu 2017 r.
w 10 numerze półrocznika Dziedzictwo Kresowe, ISSN 2299-7024
http://dziedzictwokresowe.plewako.eu/DK-10.pdf