Włodzimierz Plewako, † 18 lutego 2022 r.
Ze
wspomnień małolata z Syberii
(Zesłanie
w stepy Kazachstanu oczyma dziecka)
W roku 1939
miałem 5 lat, urodziłem się w Wilejce
Powiatowej. Z tego okresu pamiętam dwa
zdarzenia.
Pierwsze, to
Drugie, to już w
Wilejce w październiku,
ojciec naiwnie uwierzył rozsiewanym
przez NKWD plotkom, że już zakończyły
się aresztowania i wrócił z Wilna do domu.
Tego samego dnia późnym wieczorem
przyszli enkawudziści, bagnety na
karabinach, głośne okrzyki: gdzie złoto, gdzie broń,
kazali nam stanąć pod ścianą a sami
przewrócili dom do góry nogami. Niczego nie
znalezli, zabrali ojca i od tego dnia żadnych
wiadomości o ojcu nie było. Po ponad 60-ciu
latach IPN zawiadomił mnie oficjalnie o
zabójstwie ojca, z broni palnej, w więzieniu w
Wilejce.
W lutym 1940 roku
głośno było
o wywózkach na Sybir. Mama wiedziała, że należy do
grupy przeznaczonej do wywózki, więc uciekła z Wilejki do
rodzinnego folwarku w Liberianowie (25 km polnymi
drogami od Wilejki). Miała nadzieję, że nas tam nie znajdą - ale
znaleźli. Na początku kwietnia rano dwóch enkawudzistów
saniami przyjechało po Mamę. Macie 15 minut,
pakujcie rzeczy do jednego pakunku i jedziemy. Ja jeszcze
byłem w łóżku, Mama zaczęła mnie ubierać, wtedy starszy z
tej dwójki powiedział, że nie potrzeba mnie ubierać, bo oni w
nakazie mają tylko Olgę Plewako bez dziecka.
Mama zaczęła
prosić, a później błagać na kolanach aby mnie wzięli
także, długo to trwało ale po naradzie zgodzili się. Czas uciekał
i na większe pakowanie już go nie było, musieliśmy
zabierać to co udało się chwycić w ostatniej chwili. I w
ten oto sposób przemycony przez Mamę pojechałem
na Sybir na gapę. Podczas długiego transportu nie wiele się
działo, z górnej półki na której mieliśmy miejsce widać było
bagnety na karabinach i charakterystyczne czubki na czapkach żołnierzy.
Pilnowano nas ze wszystkich stron. Pamiętam
tylko wielkie poruszenie w wagonie gdy przekraczaliśmy
granicę Europy z Azją, był strach i przerażenie,
bo Azja to chłód, głód i dzicz, co odmieniano we
wszystkich przypadkach.
Dojechaliśmy do
Kazachstanu. Do kołchozu
Dmitrowka
w Pawłodarskiej obłaści przywieziono
nas cieżarowymi samochodami. Całą ludność kołchozu
spędzono na środek wsi, komendant transportu wyczytywał
nazwiska rodzin, wyczytana rodzina musiała zejść z cieżarówki
i wtedy zgłaszał się ktoś z mieszkańców i zabierał do
siebie. Nas przygarnęła wdowa z pięciorgiem małych
dzieci. Na całą gromadkę były tylko jedne buty ale to nie
przeszkadzało dzieciom biegać do sasiadów pomimo, że było pół
metra śniegu i mróz powyżej 10-ciu stopni. Kołchoz
W Dmitrowce
mieszkali głównie Chachły, którzy na poczatku lat
dwudziestych byli deportowani z Ukrainy (kara za Petlurę) i dlatego w
stosunku do Polaków odnosili się dosyć dobrze. Przez ponad
rok Polacy byli traktowani jako wojennoplennyje i nie wolno
nam było oficjalnie pracować. Mieszkanie

Lato
1941
rok - polscy zesłańcy w Dmitrowce. Wgórnym rzędzie, czwarta od lewej
strony -
matka autora - Olga Plewako. W pierwszym rzędzie, trzeci od lewej
strony, siedzi
autor.
Zdjęcie ze
zbiorów autora.
Po wybuchu wojny w
1941 roku
zrównano nasze prawa na równi z mieszkańcami, którym
powoli kończyły się zapasy z wielkiego urodzaju z roku 1938 i
o jedzenie było coraz trudniej, dla nich i dla nas.
W zimie 1942 roku
dotarł do nas wujek Fonia (mąż siostry Mamy), który został
zwolniony z łagru po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej i
pozostawiony samemu sobie, a znając, jeszcze z przed wojny
nasz adres wyruszył pieszo do Dmitrowki. Przemierzając
tysiące kilometrów przez kilka miesięcy
Wrócił
Wrócił.....
przez nikogo nie oczekiwany.
Wrócił.....
Ale nie do swych ukochanych,
Nie do kraju
za którym tesknił ogromnie,
I w który -
i za kratami - wierzył niezłomnie!
Wrócił,
skromny, wychudły, wysoki.
Na nogach
ledwie stał, ledwie dawał kroki.
Oczy miał
wpadnięte - pełne cierpienia....
Usta żałosne
- choć je uśmiech opromieniał
Żółta cera,
ręce żylaste - spracowane.
Kilka siwych
włosów, nad czołem zoranem
Bruzdami,
spuszczało się kryjąc łysinę.
Gdy mówił,
błyskało kilka zebów - jedyne,
Które po
prtzewlekłej cyndze mu zostały.
Piersi
poruszały się szybko, szczęki mu drżały
Wrócił.....
Miał uszy odmrożone i palce,
W kaloszach
podartych i takiejże fufajce.
Posuwał sie
ostrożnie, patrzył podejrzliwie.
Do jedzenia
się rzucił w bolesnym porywie.
Jadł i
wstawał głodny, choć miska była pusta.
Czuł się
nieswojo, piekły go wiecznie głodne usta
Wrócił.....
cień człowieka, ale w jego ruchach,
Przebijała
jednak niezłomna siła ducha.
Wrócił.....
Aby rozwiać wrogów przekonanie,
że Polaka,
widmo śmierci złamie lub wygnanie.
Wrócił.....
z słowami prawdy na czole wypisanymi:
że Polska
nie zginęła, i nie zginie póki my
żyjemy! !
W dniu
odjazdu do Armii Polskiej na pamiatkę
Kochanemu
"Dziadzi Foni"
Ala - Zofja
Sukiennik
Dmitrowka,
dn. 25.II.42 r.